sobota, 14 marca 2009

Wycieczka dla Erasmusów (po raz pierwszy): Baiona (po raz drugi)


A nie mówiłem... nie minął tydzień i znowu Baiona. Tym razem wyjazd organizowany przez ORI. Wyjazd darmowy, obfity obiad, i kilka godzin w Portugalii. W jedno popołudnie dwa kraje. Ale po kolei.

Wycieczka zdawałaby się zorganizowana, zapięta na ostatni guzik, ale guzik. Zawieźli nas autokarami do Baiony pod zamek. Rozdali czarno-białe mapki orientacyjne: zamek i okolice po jednej stronie, po drugiej VALENÇA, do której pojechaliśmy później. Myśleliśmy, że do zamku wejdziemy z przewodnikiem, oprowadzi nas czy coś. Ale nic z tych rzeczy. Dostaliśmy masę czasu, a co wtedy zrobimy to nasz biznes. wejściówki na teren zamku też musieliśmy sami zapłacić, więc suma summarum już nie tak bezpłatnie. Ale co tam. W końcu mogłem obejrzeć wnętrze fortyfikacji przy porcie.
Z zewnątrz...
więcej
wydaje się, że to tylko mury, a za nimi może jakiś zamek może jakiś plac, kilka drzew etc .


Nic z tych rzeczy. Przechodzisz przez bramę i... od razu czuć inny świat.

Aż razi w oczy spokój. Masa zieleni. Prawie jak w lesie. Mury pozarastane mchem. Kilka kroków po schodach na mury. Widok niemal na całe miasto. Po drugiej stronie ocean. W środku widać nadal tylko coś w rodzaju lasu. Idziemy dalej "w głąb oceanu".

Tu zaczynają pierwsze oznaki prawdziwych fortyfikacji.

Wieżyczki obronne (foto z lewej) i armaty. Niemal przy każdej z nich krzyż.


A propos krzyży. Na terenie wewnątrz fortyfikacji można znaleźć przykład krzyża, który jest (chyba)typowy dla Galicji. Po jednej stronie Jezus, po drugiej Maria.

Na początku pisałem o dzikiej zieleni, ale teraz
Świetnie utrzymana trawa wokół kościoła ;-)

Resztę czasu spędziliśmy nad brzegiem oceanu.


Dalej w drogę...

Ale najpierw, przed wjechaniem na teren Portugalii, gigantyczny, darmowy posiłek dla wszystkich. Pusty talerz nawet przez chwilę nie wchodził w grę, nie mówiąc już o napojach :P


Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy -- hymm, oceńcie sami...
Od Baiona


Portugalia

Kolejny etap wycieczki to krótka, równie dobrze zorganizowana wizyta w Valenca w Portugalii. Blisko granicy. Ale zaraz, jakiej granicy? Jadąc tam w pewnym momencie w autokarze zrobiło się małe zamieszanie. Każdy pytał czy to już Portugalia, czy jeszcze Hiszpania. Na "granicy" jedynie znak informacyjny odnoście dopuszczalnych prędkości i niewielki napis Portugalia.

Ale to o czym już zapewne wspominałem. Mania zawieszania różnych dziwnych szmerów-bajerów. To co na załączonym obrazku widać to kolejny przykład. Ot tak na jednej z lamp ulicznych na drodze między małymi miejscowościami - robotnik drogowy.



Ponownie trafiliśmy do fortyfikacji. Po Baionie przyszedł czas na Valenca de Minho. Na pagórku niewielkim... eh, nie to był Mickiewicz a tu mamy gotyk i barok. Wiek XIII, czyli początki budowy fortecy przy rzece Minho. Mini miasteczko za murami. To musiało być niezłe. Jedziesz sobie przez pola, góry, widzisz jakieś mury. I tyle. Jakiś zamek. A w środku kwitnie życie. Całe miasto. Kilka kościołów. Masa targów na placach. Ale najważniejszą rzeczą dla nich było bezpieczeństwo. Męczyli się z barbarzyńcami, arabami, czy nawet w XIX w. przed armią Napoleona. Teraz jest to główna atrakcja Valença.
A i zdjęcia: z Valenca.

Oglądaj, komentuj. Zwiedzaj.

1 komentarz: